Raz jeszcze zobaczyć
Raz jeszcze zobaczyć trzyletniego wnuczka, zdającego sobie dopiero teraz po siedemdziesięciu latach sprawę z ówczesnej dramatycznej sytuacji. Następne wspomnienie, w parę lat potem, miało już dla mnie charakter poważny, acz obecnie nie pozbawiony komizmu. Mianowicie — wracając ze ślubu mej starszej przyrodniej siostry, Frani z Kar lińskich Plichtowej, musiałem uskutecznić tzw. „małą potrzebę\" przez okno ślubnej karety, szczęściem na mało uczęszczanej wonczas ulicy Grzybowskiej. Ponieważ matce mej dzieci z drugiego małżeństwa — do mego urodzenia dwoje — potocznie mówiąc „nie chowały się\", tedy ówczesnym zwyczajem wpisała mnie „do paska\" św. Franciszka, swego patrona. Chodziłem więc do siódmego roku życia w brązowym zakonnym habicie przepasany białym sznurem (tzw. „ogórkami\"). No i uchowałem się po dziś dzień. Zrazu habit mój imponował dzieciarni w Saskim Ogrodzie, póki któreś nie wpadło na pomysł, że kaptur habitu świetnie nadaje się do wypełnienia go cegłą, co znów mnie w rezultacie doprowadzało do wywracania się niczym żółw bezradnie na wznak ku ogólnej uciesze sprawców, a pasji niańki. Wreszcie matka wpadła na pomysł zaszycia nieszczęsnego kaptura. Ojciec, mimo iż był jedynakiem, miał trudne i ciężkie dzieciństwo. Dziadek, gospodarujący na niewielkiej haben-dzie pod Rudą Guzowską, na skutek z wiekiem powiększającej się skłonności „do kielicha\", znalazł się w końcu w tak ciężkim położeniu, że siedmioletni jedynak zmuszony był emigrować pieszo do Warszawy, która przytuliła chłopca w szewskim warsztacie, gdzie przeszedł piekło terminatora i czyściec czeladnika. Zostawszy wreszcie majstrem sławetnego cechu szewców stołecznego miasta Warszawy, dochrapał się sklepu z obuwiem w Gościnnym Dworze za Żelazną Bramą, w którym gospodarowała matka, a potem i panna Mania, sklepowa. Od tej to mieszkanki Zapiecka, a żywej skarbnicy staromiejskiego repertuaru, pobierałem me pierwsze w owym zakresie repetycje. Gościnny Dwór przeżywał wtedy lata (80-te zeszłego stulecia) swojej prosperity dzięki wzmagającemu się coraz bardziej handlowi z Rosją, gdzie rósł popyt na eleganckie warszawskie pantofelki i buciki. Stąd wzrastająca zamożność „mistrzów dratwy\", stąd stałe niedzielne goszczenie się wzajem — o czym później—kult imieninowych i urodzinowych przyjęć, chrzcin, zaręczyn, wesel, styp pogrzebowych (tzw. „syrków\"), wreszcie obżarstw świątecznych na Boże Narodzenie, Wielkanoc i Zielone świątki (na Bielanach). FIN DE SIECLE Za czasów mego dzieciństwa (na schyłku XIX wieku) ulubionym sloganem Warszawy była przywieziona z Paryża francuska nomenklatura tego schyłku „fin de siecle\". Wszystko się odbywało wtedy pod hasłem „fin de siecle\" — mody, bale, kalendarzyki humorystyczne. Jedna, na przykład, z powieści Zapolskiej z tych czasów miała tytuł: „Findesieclelstka\". Nawet święta, jak Wielkanoc, którą obchodzono z największą może ostentacją, do czego niewątpliwie przyczyniał się długi okres wielkiego postu, bardzo surowo wtedy przestrzegany — również gwoli tradycji. Pamiętam do dziś wnyki pobrane za to, żem się ośmielił złasować nieco masła z kredensu. I to w sam Wielki Piątek! „Co z niego wyrośnie?...\" — gorszono się w rodzinie, jeszcze nawet przy święconym. Przed tym jednak kulminacyjnym punktem świąt ileż było w całym mieście — od suteren do poddaszy — sprzątania, zakupów, trosk, narzekań na drożyznę i ciężkie czasy, które w porównaniu z późniejszymi... Zresztą przez cały ciąg mego życia nie słyszałem nigdy innego zdania prócz: że czasy aktualne są ciężkie, a ubiegłe były stokroć lepsze. Wracam do Warszawy fin de siecle\'u z jej konnymi tramwajami o kolorowych tabliczkach (błękitna — na Wolę, biało-niebieska —
Poprzedni - Twórca, inżynier Kierbedź,Następny - Do Muranowa, brązowa